• Wpisów:6
  • Średnio co: 246 dni
  • Ostatni wpis:4 lata temu, 16:40
  • Licznik odwiedzin:2 289 / 1726 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Odcinek 5

-Mogę cię pocałować ? - zapytał. Przysunęłam usta do jego ust po to by je szybko odsunąć. Nie zaprosiłam go na drinka jak to zwykle bywa w amerykańskich komediach romantycznych. Otworzyłam drzwi, pomachałam mu przez szybę i wbiegłam szybko na trzecie piętro. Agnieszka była pewna, że zaproszę go do siebie.
-Tak się do ciebie kleił, kochanie. Jestem zaskoczona że nic z tego nie wyszło. Myślałam, że wejdzie na górę i wiesz... - Wiedziałam. Tamtego ranka nie chciałam, by do czegoś między nami doszło. Nie chciałam żyć potem złudzeniami, ani patrzeć jak kolejny facet myje po sobie gary i idzie sobie w cholerę, bądź sterczy pod oknem i czeka nie wiadomo na co. Tym razem było inaczej.
Leżąc w łóżku, pomyślałam, że topnieję. że pancerz, który mnie pokrywał, jakimś cudem został naruszony. Naprawdę żałowałam, że wtedy, tam pod klatką nie odwzajemniłam pocałunku. Następnego dnia zadzwonił. Obudził mnie tym telefonem. Nie chciałam z nikim rozmawiać. Chciałam spać. Odrzuciłam połączenie. Niewiarygodne, prawda ? Zawsze odbierałam telefony od potencjalnych narzeczonych. Tym razem ściszyłam telefon i przewróciłam się na drugi bok. Gdy się obudziłam, na wyświetlaczu zobaczyłam trzy nieodebrane połączenia. Po chwili telefon znów zadzwonił.
-Cześć. Maciek Malicki mów...
-Cześć - uśmiechnęłam się
-To co dzisiaj robimy ? - zapytał
-Aaa Robimy coś w ogóle ? - rzuciłam zaczepnie
-A nie ?
-A tak ? - nie pomagałam mu wcale. Umówiliśmy się na spacer. Oczywiście nad morze. Tym razem wiedziałam, że on do mnie przyjdzie, może nie na drinka, ale na kawę na pewno. Cały dzień sprzątałam. Moje mieszkanie chyba nigdy nie wyglądało tak nieskazitelnie.
Przyszedł punktualnie, trzymając małą herbacianą różyczkę i butelką czerwonego wina.
-To na potem - szepnął, całując mnie w policzek. - Włóż różę do wazonu i chodźmy. - gdy wróciliśmy nalałam wino do kryształowych kieliszków. Uwielbiałam kryształy. Maciek wzniósł toast.
-Za nas
-A jesteśmy jacyś "my" ? - zapytałam
-Jeżeli nie teraz to wkrótce będziemy - odpowiedział z przekonaniem. Jego pewność siebie mnie przerażała. Później się przekonałam, że Maciek jest osobą, która konsekwentnie dąży do celu, w zasadzie nie zważając na opinie innych. Jego zdanie zawsze było najważniejsze z innymi się nie liczył. Zawsze miał rację. Wtedy ta konsekwencja, determinacja, by mnie zdobyć, stworzyć jakieś "my" sprawiały, że zaczynałam czuć się szczęśliwa.
Jakiś czas później pojechaliśmy w góry. Tak, wiem, że nie powinno się jechać gdzie kolwiek na tydzień, ba nawet na dwa dni z dopiero co poznanym mężczyzną. Moja mama wpajała mi to przez całe życie, przed tym wyjazdem też się nasłuchałam. Z Maćkiem jednak było inaczej. Od początku czułam, że jestem na właściwym miejscu i miałam wrażenie, że znamy się wieczność. Podczas któregoś z naszych spacerów Maciek nagle stanął i zapytał czy lubię góry.
-Oczywiście - odparłam
-Kiedyś zabiorę cię w góry - powiedział - szybciej niż ci się wydaje. Wtedy wydawało mi się to tak odległe. Niemalże nie realne.
W góry wybraliśmy się już pod koniec lata. Maciek wynajął pokój u swojej znajomej. Wsiedliśmy w pociąg i pojechaliśmy. Do tej pory wspominam tej wyjazd z melancholią. Tam..Można powiedzieć, że tam został przypieczętowany nasz związek.
Wracaliśmy właśnie ze spaceru, gdy zaczął padać rzęsisty deszcz. Nie pomogły wtedy nawet foliowe płaszcze. Po krótkim ogrzaniu się i wypiciu gorącej herbaty podanej w olbrzymich kubkach, zeszliśmy na dół. Już nie pamiętam dokąd schodziliśmy. Na kwaterę wracaliśmy busem. Po drodze Maciek kupił wełniane skarpety i butelkę wina, z którego potem gaździna wyczarowała pachnący. rozgrzewający napój. Siedzieliśmy przykryci jednym kocem w kratę z parującymi kubkami w dłoniach. Maciek założył mi te wielkie skarpety.
-Ciepło ci już ? - spytał z uśmiechem
 

 
Odcinek 4

Mój urok, wspomagany czerwonym winem czy owocowym piwem, zadziałał zarówno na Jacka jak i na Maćka. A Maciek mnie przyciągał. Działał na mnie jak magnes. Wolny, inteligentny mężczyzna, w typie, który uwielbiam, choć wstydzę się do tego głośno przyznać...Maciej Malicki wyglądał jak starszy brat Leonarda Di Caprio z czasów Titanica. Miał zniewalający uśmiech, który powodował, że wszyscy wokół czuli się szczęśliwi, oczy koloru nieba i miękki, ciepły głos, którego nie powstydziłby się niejeden wybitny baryton. Pamiętam jak Maciek przewracał na drugą stronę dobrze już przypieczoną karkówkę, podśpiewując sobie coś pod nosem. Podeszłam wyciągając talerz w jego kierunku
-Karkóweczkę droga pani? - zapytał
-Tak, poproszę drogi panie - odparłam.
Tego wieczoru nie odkleił się już ode mnie. Albo ja od niego. Siedzieliśmy przytuleni do siebie na wąskiej ławce, on obejmował mnie, głaszcząc po nagim ramieniu, bo niby nie było tam miejsca by usiąść dalej od siebie, a ja na to przyzwalałam, bo tak dawno nikt mnie nie dotykał w ten sposób. Agnieszka znacząco co chwilę na nas spoglądała, ale jakby celowo zostawiła nas samym sobie. Siedzieliśmy do późna zatopieni w rozmowie o wszystkim i o niczym. Maciek odprowadził mnie do domu. Oczywiście nie od razu.
-Zobacz, zaraz będzie wschodzić słońce - pokazał na niebo - Chcesz zobaczyć wschód słońca nad morzem?
Wsiedliśmy w taksówkę, a zaraz potem poszliśmy na plażę, trzymając się za ręce. Prawdę mówiąc nie mam zwyczaju chodzić za rękę z kimś, kogo dopiero poznałam, lecz moje próby uwolnienia się z uścisku spełzły na niczym. Na deptaku nie było nikogo. Latem gwarny tłum bawi się tam do białego rana, a na plaży widać splątane ciała zakochanych, słychać setki westchnień i wiele oczu spogląda wówczas w gwiazdy. Przed sezonem, w pierwszą sobotę czerwca, molo było wyludnione. Ktoś gdzieś w oddali krzyknął, szumiały fale. W półmroku iskrzyły się światełka statków stojących u wejścia do portu. Pachniało świeżością. Nie poszliśmy od razu na molo. Najpierw skierowaliśmy się na plażę. Maciek ściągnął buty, podwinął wysoko dżinsy i się uśmiechnął.
-Na co czekasz ? -
-No co ty! Zimno! - odparłam, ale zsunęłam czółenka. I tak niewygodnie mi było chodzić w nich po piasku.
-A dalej ? - zapytał. Przysunął się, jak by chciał pomóc mi w zdejmowaniu dalszych części garderoby. Odsunęłam go ze śmiechem i kazałam mu się odwrócić. W tej sytuacji jakaś filmowa kusicielka zsunęłaby z siebie zmysłowym ruchem pończochy z koronkami, czym rozpaliłaby do granic wytrzymałości obserwującego ją mężczyznę. Jednak to nie był film, tylko zwykłe życie, a ja nie miałam na sobie pończoch. Tym bardziej z koronkami. Kusicielką również nie byłam. Zdjęłam szybkim ruchem rajstopy, zwinęłam je w kłębek, który włożyłam do torebki, i stanęłam nagimi stopami na zimnym i nieco wilgotnym piasku.
-Zimno - szepnęłam, przestępując szybko z nogi na nogę. Maciek odwrócił się, spojrzał na moje bose stopy i stwierdził, że woli patrzeć na mnie nić podziwiać migoczące gwiazdy. Widać nie potrzebne były pończochy z koronkami.
-Zimno to dopiero będzie - oświadczył po chwili, złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą w stronę brzegu. Nie powiem, żebym się opierała. Biegliśmy wzdłuż brzegu, chlapiąc bosymi stopami. Jak dzieci.
-Chodź na molo - zawołał. Pognał pierwszy, nawet nie sprawdzając, czy biegnę za nim. Zatrzymał się dopiero przy ławce, gdzieś w połowie mola. Po chwili usiadłam koło niego. Ujął moje stopy i zaczął otrzepywać je z piasku. Nie protestowałam. Zamknęłam oczy. Po chwili usłyszałam tuż przy uchu szept
-Nie śpij... - otworzyłam oczy i włożyłam buty
-Składam reklamację - Uśmiechnęłam się. - Jeszcze piasek ...
-To już byśmy musieli wziąć kąpiel
-W morzu ? - wstałam i wskazałam granatowe fale
-Nie, w wannie - zmrużył oczy. Po chwili dodał - Usiądź mi na kolanach. Popatrzymy sobie razem w niebo. Nie... Już na ten nietypowy masaż stóp nie powinnam mu pozwolić. Usiadłam obok niego. Pod wpływem jego ręki, gładzącej mój kark, zesztywniałam. Niebo robiło się już mocno pomarańczowe. Gdy się pojawiło słońce, bez słowa wstaliśmy i poszliśmy w kierunku mojego domu. Mieszkałam nie daleko. Maciek odprowadził mnie pod klatkę i zatrzymał się jak by czekał na zaproszenie do mieszkania. Milczałam.
 

 
Odcinek 3

Drugim mężczyzną, który kilka miesięcy później został trochę dłużej niż na kolację, był Leon. Moje popisowe danie, łosoś w cieście i sałatka z rukoli, wywarło zamierzone wrażenie. Jednak seks trwał krótko, że ledwie zdążyłam zarejestrować to wydarzenie. Zaraz po wszystkim Leon wstał, przeciągnął się i wyszedł z pokoju, zbierając po drodze swoje ubrania rozrzucone wcześniej na podłodze. Usłyszałam szum wody, jak by chciał zmyć z siebie wszelkie ślady mojej osoby, a potem wszedł do kuchni. Jeszcze przez chwilę łudziłam się że wróci. Choćby na krótko. Nie, nie kochać się, ale choćby najzwyczajniej w świecie pogadać. Przytulić. Niestety. Nie przyszedł. Potraktował mnie jak narzędzie do zaspokajania swoich i tylko swoich potrzeb. Zniesmaczona leżałam ze łzami w oczach w łóżku, pod kołdrą. Udawałam, że śpię, gdy Leon, kompletnie już ubrany, delikatnie dotknął mojego ramienia i cicho szepnął"Wychodzę, zamknij drzwi kochanie". To "kochanie"było chyba jakąś drwiną.. Po Leonie pozostał tylko zapach wody kolońskiej na mojej poduszce i umyt po kolacji naczynia, pozostawione na suszarce.

Na urodzinach u Agnieszki miał być właśnie Leon. Właściwie to dla niego się wtedy stroiłam. Chciałam, by wiedział kogo miał przez chwilę, ale kogo tym krótkim posiadaniem i jeszcze szybszym odejściem stracił na zawsze. Chciałam mu pokazać siebie taką, jaką miał mnie zapamiętać na długo i jeszcze dłużej żałować, że bardziej o mnie nie zabiegał. A raczej nie zabiegał wcale.

Na imprezie wywarłam wrażenie na wszystkich. Chyba każda kobieta wie, kiedy się podoba, a ja należę do tych, które rozkwitają pod wpływem zachwyconych spojrzeń i tym samym są jeszcze piękniejsze. Tego wieczoru budziłam zachwyt zwłaszcza dwóch mężczyzn:Leona, który przyprowadził ze sobą szczupłą brunetkę, oraz Maćka, który równo po dwóch latach i siedmiu miesiącach od tego spotkanie u Agnieszki został moim mężem.

Zazwyczaj to mężczyźni są królami grillowaniu. Tak było również u Agnieszki. Maćkowi pomogłąm wtedy przy grillu jedynie po to, by Leon pomyślał, że taka fajna dziewczyna jak ja ma go gdzieś i wystarczy, że skinie palcem, a inny się pojawia na horyzoncie. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, nigdy nie chciałabym być z Leonem, w szczególności po tamtej nocy. Nocy? Po tych kilku nastu minutach. Doprawdy nie miałam czego wspominać. Jednak urażona duma dawała o sobie znać. Która kobieta nie chce, by to mężczyzna o nią zapobiegał? Ja chciałam. Leon tego nie robił i nie miał zamiaru robić. Wtedy wstał, umył te gary po kolacji, a potem nawet się nie odezwał.
 

 
Odcinek 2

Jednak byłam szczęśliwa, że poprosił mnie o rękę. Że będę jego żoną. Chyba...go kochałam. Dopiero kilka lat później uzmysłowiłam sobie, że on wcale mnie o nic nie prosił. Wyjął jedynie pierścionek i zapytał, czy musi klękać. Chwilę potem powiedział, że we dwójkę łatwiej rozliczać się z urzędem skarbowym, że "po co pieniądze mają iść do skarbu państwa, jak mogą do naszej kieszeni ", oraz że zamiast wydawać kasę na wesele, można wybrać się we wspaniałą podróż poślubną. Co też napewno zrobimy. Uśmiechnęłam się, wmawiając sobie, że maciek ma rację, z trudem przełykając tę gorycz, która zupełnie nie wiadomo dlaczego pojawiła się we mnie. Nie wiedziałam wtedy, że z małżeństwem jest jak z nową posadą:ile na początku wynegocjujesz, tyle masz. Potem bardzo trudno zmienić warunki-zarówno pracy, jak i życia. Mechanizm działania jest dokładnie taki sam. jak wynegocjowałam zbyt mało. Ale o tym miałam się dopiero przekonać.

Mój mąż był w zasadzie dobrym człowiekiem. W jego przeświadczeniu-mężem idealnym, takim, którego nie jedna mogła mi pozazdrościć. Mąż idealny nie pił, nie bił, nie wałęsał się z kolegami po knajpach i nie podszczypywał nikogo. Nawet mnie. O tym jednak później.
Mąż idealny nie robił nic. Nawet się nie starał. Przez pierwsze chwile małżeństwa żyłam obrazem, jaki pamiętałam z czasów, kiedy byliśmy parą, i bez zobowiązań prowadzaliśmy się za ręce po piaskach trójmiejskich plaż, ale potem codzienne życie sprawiło, że spadły mi klapki z oczu.
Maćka poznałam przez Agnieszkę, swoją przyjaciółkę. Co roku organizowała imprezę urodzinową u siebie na działce przy Los Angeles. Miała tam mały domek, taki, gdy siedziały w nim dwie osoby, to już było ciasno. Wokół rosło mnóstwo drzew, krzewów i kwiatów.
Co roku, odkąd tylko pamiętam, Agnieszka zapraszała mnie na tę imprezę. Tego lata byłam pewna, że mogę zdobyć świat i że do czegokolwiek się wezmę, wszystko się uda. Skończyłam studia z wyróżnieniem, jako jedna z pierwszych dostałam pracę, przeprowadziłam się do mieszkania odziedziczonego po babci w Los Angeles. Jednak żaden z poznanych mężczyzn nie zdołał zainteresować mnie sobą. Nie byłam na stałe z nikim związana, ale nie czułam się samotna. Zawsze był ktoś kto zjawił się na dłuższą lub na krótszą chwilę, by wypić kawę, wino lub zjeść kolacje Dwukrotnie te spotkania zakończyły się czymś więcej niż pocałunkami. Nie było to jednak w żadnym z tych wypadków płomienne uczucie, ale raczej potrzeba bycia akceptowaną, pożądaną.
Między czasie poznałam Bruna. Tak Bruno Marsa. Był bardzo dobrym przyjacielem. Lubiłam z nim rozmawiać i spędzać czas w jego towarzystwie. Po nie długim czasie zostaliśmy parą.
Bruno chciał zostać na dłużej. Czasem wydawało mi się nawet, że na zawsze. Nie pozwoliłam. Stał długo pod moim oknem, odpalając papieros za papierosem i obserwując, kiedy u mnie zgaśnie światło. Kochałam się z nim raz. Długo to wspominałam...Ba,wspominam czasem do tej pory. Bez pomocy wina, samym tylko dotykiem, Bruno potrafił sprawić, że wirował cały mój świat i zgodziłabym się na wszystko, co by mi zaproponował. Dlatego też zgodziłam się na seks. Prawdę mówiąć nawet nie musiałam się zgadzać. Samo tak jakoś wyszło.
 

 
Odcinek 1

Nie przyrzekałam miłości i wierności w nieskazitelnie białej , koronkowej sukni, stojąc przed rozświetlonym świecami ołtarzem.Maciek nie chciał. Zawsze o tym marzyłam , ale zdawałam sobie sprawę, że marzenia nie zawsze się spełniają. Biała suknia, welon, ojciec prowadzący mnie do ołtarza... To nie wszystko, prawda ? Najważniejsze by być razem. Na zawsze razem. Nie były to dla mnie puste słowa. Wtedy naprawdę wierzyłam w miłość do grobowej deski. W to, że z pewnością istnieją dwie części układanki pasujące do siebie w stopniu doskonałym i uzupełniające się wzajemni, tak samo jak chińskie pierwiastki jin i jang, gdzie jedna nie może istnieć bez drugiej, niemalże tak jak dzień nie może nastać bez nocy, światło bez ciemności, czy śmierć bez życia. W tamtym czasie byłam gotowa zrobić dla Maćka wszystko. Nie musiałam mieć nawet białej sukni, welonu ani tabunu gości, skoro on sobie tego nie życzył. Nie chciał wesela, oczepin, rzucania welonem i muszką w panny i kawalerów, których zresztą zawsze trudno było wyciągnąć na parkiet. To zdawało się naprawdę nie istotne.
Dla niego mogłam iść do ślubu ubrana w zwykłą sukienkę, w wianku uplecionym z wcześniej przez nas zebranych polnych kwiatów. Ślub był formalnością. Na jego własne życzenie. Ja skończyłam studia, pracowałam za nie wielkie pieniądze, on jak na temte czasy zarabiał bardzo dużo. Potrzebna mu była żona...by zapłacić mniejszy podatek w kolejnym roku...Chciał się wspólnie rozliczać...Teraz nie wiem ile to było "dużo", ale zarabiał tyle, że mógł sobie już wtedy pozwolić na niezły samochód i-gdy bardzo nalegałam-na obiad w dobrej restauracji. Na pierścionek z brylantem też go była stać. Taki właśnie dostałam
-Mam klękać ? - spytał. Pierwszego listopadowego dnia, gdy leżeliśmy zziębnięci na sofie, oglądając telewizję, wyjął małe pudełeczko. Już od roku mieszkaliśmy razem i spodziewałam się tej chwili, ale jak każda, marzyłam o wielkim bukiecie róż i oświadczynach niczym z Harlequina. Wróciliśmy wtedy z odwiedzin u tychm których nie było już wśród nas. Każdego roku ich przybywało. Gdy zamknęłam oczy, widziałam setki światełek na grobach na jednym z cmentarzy. Pierwszy listopada nie wydawał się dobrym dniem na oświadczyny. W marzeniach widziałam ten dzień inaczej. Ale...
-Kasia, pierścionek mam dla ciebie. Klękać?-powtórzył
-Nie klękaj-uśmiechnęłam się, jak zawsze, idąc na ustępstwo
-To dobrze, bo fajnie mi się tu z tobą leży i nie chce mi się wstawać - odparł beztrosko, obejmując mnie i całując w policzek. Wtedy potraktowałam to jako żart. Nie sądziłam, że w moim dalszym życiu te jego żarty wynikające z nie chęci zrobienia czegokolwiek dla mnie, będą mnie doprowadzać do szewskiej pasji i staną się przyczyną wielu łez. Wtedy przytuliłam go, a oczy, mimo wszystko, mi się zaszkliły, bo w końcu pierwszy raz mi się ktoś oświadczył, a jak wiele kobiet, bardzo chciałam wyjść za mąż.
-No to kiedy? - spytałam i przywarłam mocniej do niego
-Może w sylwestra? - zaproponował
-Już? Maciek, jak my zdążymy wszystko przygotować ? Przecież ludzie mają plany... Dlaczego tak szybko? Kościół, knajpa, orkiestra, na samą sukienkę się czeka miesiącami.- wyliczałam
-Kochanie...Może weźmiemy cichy ślub, narazie cywilny, zjemy sobie obiad w restauracji, tylko rodzice i świadkowie, a potem pójdziemy gdzieś potańczyć.
-Ale Maciek, co ze ślubem kościelnym? Cywilny tylko chcesz ? Przecież rozmawialiśmy - wizja ślubu moich marzeń oddalała się z prędkością światła - I co z weselem ?
-Myszko wiem , że chcesz kościelny. Ja również - pogłaskał mnie po głowie jak niesforne dziecko- Na razie weźmy cywilny. Potem pomyślimy.
Myśleliśmy przez cały czas trwania naszego małżeństwa. Nieustająca myśleliśmy. Przynajmniej ja. Myślałam, tłumacząc mamie, że tak będzie lepiej, choć sama w to nie wierzyłam. I gdy przekonywałam tatę, marzącego o prowadzeniu córki do ołtarza, że niebawem to zrobi. Niebawem to było ulubione słowo mojego męża. Mogło znaczyć "za chwilę", albo "nigdy".
 

 
Hej ! Jestem Kasia . Będe pisać opowiadanie o Bruno Marsie . Uwielbiam zajmować się takimi rzeczami i uwielbiam Bruno Marsa , dlatego przyszło mi do głowy , żeby właśnie o nim napisać opowiadanie . Mam nadzieje , że sie spodoba
Pozdrawiam
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›